„Panna młoda” Odc. 165 – streszczenie


***
Podczas gwałtownej sprzeczki między Cemilem a Deryą jeden z worków z rzeczami Hancer zahaczył o kant stolika i rozdarł się z głośnym trzaskiem. Na podłogę wysunęło się kilka drobiazgów, a między nimi małe dziecięce ubranka.
Cemil zamarł.
Przez chwilę patrzył na nie w milczeniu, jakby nie wierzył własnym oczom. Potem jego twarz pobladła, a mięśnie napięły się tak mocno, że aż zadrżała mu szczęka.
— Co to jest? — zapytał głosem niebezpiecznie cichym.
Schylił się, podniósł maleńką skarpetkę i spojrzał na Deryę.
— Co tu robią ubranka dla dzieci?
Nie odpowiedziała.
— Pytam cię, co one robią w rzeczach Hancer?! — wybuchnął nagle.
Derya drgnęła.
— Ja też byłam zaskoczona, kiedy je zobaczyłam…
— Nie kłam! — przerwał jej ostro. — Nie próbuj robić ze mnie głupca. Ostatni raz pytam cię po ludzku. Co Hancer przede mną ukrywa? Dlaczego uciekła? Co znaczą te rzeczy?
Z każdym kolejnym pytaniem mówił coraz głośniej.
— Powiedz mi prawdę! Bo przysięgam, że za chwilę oszaleję!
Derya zacisnęła powieki. Wiedziała, że dłużej nie da rady tego ukrywać.
Wyrwała mu ubranko z ręki i rzuciła je na podłogę.
— Hancer jest w ciąży! — krzyknęła. — Słyszysz?! Jest w ciąży!
W pokoju zapadła cisza.
Cemil patrzył na nią, jakby mówiła w obcym języku.
— Co?
— Gratuluję. Zostaniesz wujkiem.
Mężczyzna cofnął się o krok.
Potem o drugi.
Jego twarz momentalnie straciła kolor.
— Nie… — wyszeptał. — Nie, to niemożliwe.
Pokręcił głową, próbując uporządkować myśli.
— Czy dlatego Cihan ciągle za nią chodził? Dlatego wynajął jej dom? Dlatego nie dawał jej spokoju?
— Ja też tak myślałam na początku — przyznała Derya. — Ale to nie dlatego.
Cemil zmarszczył brwi.
— Jak to nie dlatego?
— Bo Cihan nie jest ojcem tego dziecka.
Zapadła kolejna cisza. Tym razem jeszcze cięższa.
Cemil patrzył na nią z szeroko otwartymi oczami.
— Co powiedziałaś?
— To nie jego dziecko.
— Nie…
— Sama mi to powiedziała.
— Nie! — powtórzył głośniej.
— Powiedziała mi to prosto w twarz. Kiedy znalazła się pod ścianą, przyznała się.
Cemil wyglądał, jakby grunt usuwał mu się spod nóg. Powoli przyłożył dłoń do piersi. Jego oddech stał się płytki i nierówny.
— Boże…
Opadł ciężko na kanapę.
— Wiedziałam, że tak będzie — mruknęła Derya. — Mówiłam ci, żebyś się uspokoił, ale oczywiście nie słuchałeś.
Sięgnęła po dzbanek stojący na stoliku, nalała wody do szklanki i podała mu ją drżącą ręką.
Cemil wypił dwa małe łyki.
— Kto? — zapytał w końcu słabym głosem. — Kto jest ojcem?
Derya bezradnie rozłożyła ręce.
— Tego właśnie nie wiem.
— Jak to nie wiesz?
— Nie wiem. Hancer nikomu nie powiedziała.
Cemil spojrzał na nią z niedowierzaniem.
— Chcesz mi powiedzieć, że moja siostra nosi dziecko jakiegoś mężczyzny i nikt nie wie, kim on jest?
— Dokładnie tak.
— Boże Wszechmogący…
Ukrył twarz w dłoniach.
— Tylko Bóg zna odpowiedź na to pytanie — dodała Derya. — My możemy się jedynie domyślać.
Cemil jęknął przeciągle. Derya zaczęła wachlować go dłonią, jakby naprawdę obawiała się, że za chwilę zemdleje.
— Ja też przeżyłam szok, kiedy się dowiedziałam. Uwierz mi, z czasem będzie lepiej.
— Nie będzie lepiej, Deryo… — odpowiedział dramatycznym tonem. — Takie rzeczy nie mijają. Czuję, jak pęka mi serce.
Oparł głowę o sofę i zamknął oczy. Wyglądał tak, jakby właśnie dowiedział się o końcu świata, a nie o ciąży własnej siostry.
— Dusza mnie boli… — westchnął żałośnie.
Derya przewróciła oczami.
— Jeszcze nie umarłeś.
— Ale jestem bardzo blisko… — odparł z cierpiętniczą miną.
I zawodził dalej, jak człowiek przekonany, że spadła na niego największa tragedia, jaka mogła spotkać rodzinę.


***
Szpital.
Cihan siedział przy łóżku Hancer, pochylony lekko do przodu. Nie spuszczał z niej wzroku, jakby próbował dostrzec w jej oczach odpowiedź, której tak długo odmawiała mu powiedzieć.
— Hancer, zadałem ci pytanie — powiedział stanowczo. — Kto jest ojcem tego dziecka?
Dziewczyna odwróciła głowę. Przełknęła ślinę i na moment zamknęła oczy. Milczała.
Cihan westchnął ciężko.
— Nie odpowiadasz, bo taki człowiek nie istnieje.
— Istnieje — odparła cicho.
— Spójrz na mnie.
Nie zrobiła tego.
— Hancer, spójrz mi w oczy.
W końcu uniosła wzrok. Cihan mówił już spokojniej, ale w jego głosie pobrzmiewało zmęczenie.
— Myślisz, że jestem zły tylko na ciebie? Nie. Od rana walczę przede wszystkim z samym sobą. Próbowałem przekonać siebie, że Hancer, którą znam, nigdy by mnie nie okłamała. Ale potem przypominałem sobie wszystko, co powiedziałaś, i ogarnął mnie gniew. W końcu uwierzyłem w każde twoje słowo.
Na chwilę umilkł.
— A potem przypomniałem sobie tamtą noc.
Hancer zesztywniała.
— Przyszłaś do mnie. Sama. Znalazłem cię. Wtedy zacząłem rozumieć, że ten mężczyzna istnieje tylko w twojej opowieści. A dziś jestem tego pewien bardziej niż kiedykolwiek.
— To nie jest kłamstwo — powiedziała stanowczo Hancer. — Po prostu nie chcesz zaakceptować prawdy. Oszukujesz samego siebie.
— Naprawdę?
— Tak. Nie miałam dokąd pójść, dlatego przyszłam do starego domu. Nie szukaj w tym ukrytych znaczeń.
Cihan pokręcił głową. Coraz trudniej było mu panować nad emocjami.
— Hancer… jeśli ten człowiek naprawdę istnieje, to gdzie on jest?
Dziewczyna milczała.
— Dlaczego nie ma go przy tobie? Dlaczego nie troszczy się o ciebie i swoje dziecko? Dlaczego pozwala ci przechodzić przez to wszystko samotnie?
Pochylił się bliżej.
— Dlaczego pozwolił ci mieszkać pod moim dachem?
— To nie twoja sprawa.
— To właśnie moja sprawa! — podniósł głos, po czym natychmiast się opanował. — Wystarczy już tego, Hancer. Przestań nas oboje torturować.
W tej samej chwili drzwi sali otworzyły się i do środka wszedł lekarz.
Hancer natychmiast zwróciła się w jego stronę.
— Co z moim dzieckiem?
Lekarz uśmiechnął się uspokajająco.
— Nie ma powodów do obaw. Zarówno pani, jak i dziecko jesteście bezpieczni. W tej chwili nie widzimy żadnego zagrożenia.
Z ramion Hancer spadł ogromny ciężar. Cihan również odetchnął z ulgą.
— Skąd w takim razie krwawienie? — zapytał.
— Takie sytuacje zdarzają się w pierwszych miesiącach ciąży. Nie oznacza to niczego niepokojącego, ale wymaga obserwacji. Dlatego dla bezpieczeństwa zatrzymamy pacjentkę na noc.
— Ale czuję się dobrze — zaprotestowała Hancer. — Chciałabym wrócić do domu.
— Hancer — odezwał się Cihan tonem nieznoszącym sprzeciwu. — Zostaniesz tutaj.
Dziewczyna rzuciła mu zirytowane spojrzenie, ale nie odpowiedziała. Lekarz spojrzał na Cihana.
— Jest pan ojcem dziecka?
Na moment zapadła cisza. Cihan zawahał się ledwie przez ułamek sekundy.
— Tak — odpowiedział pewnie. — Jestem.
Hancer natychmiast odwróciła wzrok.
Lekarz pokiwał głową.
— Dobrze. Przygotowałem recepty i zalecenia. Pielęgniarka wszystko panu przekaże. Najważniejsze, żeby pacjentka odpoczywała i unikała stresu.
Spojrzał jeszcze raz na Hancer.
— Życzę szybkiego powrotu do zdrowia.
Po tych słowach opuścił salę. Drzwi zamknęły się za nim cicho.
W pomieszczeniu znów zapadła cisza.
Cihan i Hancer patrzyli na siebie przez dłuższą chwilę.
W jego oczach było zmęczenie, troska i upór.
W jej — lęk, niepewność i tajemnica, której wciąż nie chciała zdradzić.
***
Beyza i Gülsüm weszły do starego domu, który od miesięcy stał pusty i cichy, a przynajmniej one tak myślały. Już od progu wyczuwało się w nim coś niepokojącego. Powietrze wydawało się cięższe niż zwykle, a panująca wokół cisza budziła dziwny niepokój.
Powoli wspięły się po schodach na piętro.
Nagle Gülsüm zatrzymała się tak gwałtownie, że Beyza omal na nią nie wpadła.
— Co się stało? — zapytała.
Kobieta drżącą dłonią wskazała podłogę.
Na jasnych płytkach widniało kilka zaschniętych, brunatnoczerwonych plam.
Beyza zmarszczyła brwi i zrobiła krok bliżej.
— Co to jest?
Gülsüm pobladła.
— Boże… — wyszeptała, zakrywając usta dłonią. — To krew.
Przez chwilę obie patrzyły na ślady prowadzące przez korytarz.
— Myślisz, że ktoś został tutaj ranny? — zapytała Beyza, choć sama nie była pewna, czy chce usłyszeć odpowiedź.
— A jeśli to Hancer? — głos Gülsüm zadrżał. — Jeśli została tutaj dźgnięta?
Nawet Beyza nie potrafiła ukryć narastającego lęku.
Ruszyła dalej, śledząc wzrokiem krople krwi. Wtedy zauważyła coś leżącego na dywanie.
Złożoną kartkę.
Schyliła się i podniosła ją.
— Co to jest? — zapytała Gülsüm, podchodząc bliżej.
Beyza rozłożyła dokument.
Początkowo jej wzrok błądził po zapisanych linijkach. Nagle znieruchomiała.
Serce zaczęło bić jej coraz szybciej.
Czytała ten sam fragment raz za razem, jakby nie mogła uwierzyć własnym oczom.
— Beyza? — odezwała się niespokojnie Gülsüm. — Co się dzieje?
Twarz młodej kobiety momentalnie straciła kolor. Jej palce zacisnęły się na kartce.
— To… to niemożliwe…
— Powiedz coś!
Beyza uniosła na nią wzrok. W jej oczach malowało się niedowierzanie.
— Hancer…
Urwała, próbując złapać oddech.
— Hancer jest w ciąży!
W pomieszczeniu zapadła martwa cisza.
Przez chwilę obie stały nieruchomo, próbując oswoić się z tą szokującą wiadomością.


***
W sali szpitalnej na chwilę zapadła cisza. Wyczerpani wydarzeniami ostatnich godzin, oboje niepostrzeżenie zasnęli. Hancer drzemała na szpitalnym łóżku, a Cihan w fotelu stojącym obok. Sen był jednak płytki i niespokojny, bardziej przypominał krótką drzemkę niż prawdziwy odpoczynek.
To Hancer obudziła się pierwsza.
Przez chwilę leżała nieruchomo, wsłuchując się w cichy szum aparatury i odległe odgłosy szpitala. Potem spojrzała na Cihana.
Spał z rękami skrzyżowanymi na piersi, z głową opartą o oparcie fotela. Po raz pierwszy od dawna jego twarz była spokojna. Nie było na niej gniewu, uporu ani bólu, które towarzyszyły mu przez ostatnie dni.
Patrzyła na niego przez dłuższą chwilę.
W jej oczach pojawiło się coś na kształt czułości.
Ostrożnie odsunęła kołdrę i spróbowała usiąść. Miała nadzieję, że uda jej się wymknąć z sali albo przynajmniej przygotować się do wyjścia, zanim Cihan się obudzi.
Ledwie jednak uniosła się z poduszek, jego powieki natychmiast drgnęły.
— Hancer?
Otworzył oczy i od razu wyprostował się w fotelu.
— Co się stało? — zapytał zaniepokojony. — Znowu cię boli? Czujesz się źle?
— Nie. Nic mi nie jest.
— Na pewno?
— Tak. Czuję się znacznie lepiej.
Uśmiechnęła się słabo.
— Przez całą noc byłeś tutaj. Prawie nie spałeś. Powinieneś wrócić do domu i odpocząć, Cihanie.
Mężczyzna pokręcił głową, jakby jej słowa były całkowicie pozbawione sensu.
Wstał i podszedł do łóżka.
— Nie ty będziesz o tym decydować.
Delikatnie, ale stanowczo położył dłonie na jej ramionach.
— Połóż się i odpocznij. Proszę.
— Mówię prawdę. Nic mi nie jest.
— Hancer…
W jego głosie zabrzmiało ostrzeżenie.
— Dalej.
Dziewczyna westchnęła bezradnie. Pod wpływem jego stanowczego spojrzenia powoli opadła na poduszki.
Cihan usiadł na brzegu łóżka.
— Wyjdziemy stąd dopiero wtedy, gdy lekarz wyrazi zgodę — oznajmił spokojnie. — Do tego czasu zostajesz tutaj.
— Nie jestem więźniem.
— Nie, ale jesteś pacjentką.
Przez chwilę milczał.
— A jeśli nie chcesz myśleć o sobie, pomyśl przynajmniej o naszym dziecku.
Hancer natychmiast uniosła głowę.
— Przestań tak mówić!
— Jak?
— Przestań nazywać je naszym dzieckiem!
W oczach Cihana pojawił się cień rozbawienia.
— Dobrze.
Skinął głową.
— Przestanę.
Pochylił się nieco bliżej.
— Ale najpierw pokaż mi tego człowieka.
— Jakiego człowieka?
— Tego tajemniczego ojca dziecka.
Jego głos był spokojny, ale spojrzenie nie pozostawiało wątpliwości.
— Zakładam, że masz jakieś jego zdjęcie. W końcu jesteś w nim tak bardzo zakochana, że zaszłaś z nim w ciążę zaraz po rozwodzie.
Hancer prychnęła cicho.
— A ile my mieliśmy wspólnych zdjęć, kiedy byliśmy małżeństwem?
Cihan zamilkł.
— Niewiele.
— Właśnie. Zdjęcia niczego nie udowadniają.
Przez moment patrzyli sobie w oczy.
— Masz rację — przyznał w końcu. — Zdjęcia nie są dowodem.
Jego wzrok powędrował na jej brzuch.
— Ale dziecko już tak.
Hancer odwróciła twarz.
Cihan jednak nie zamierzał ustąpić.
— Kiedy zostaniesz wypisana, pojedziesz ze mną do rezydencji.
Dziewczyna natychmiast spojrzała na niego.
— Nie.
— Tak.
— Nie możesz mnie zmusić.
— Mogę zrobić wszystko, żeby zapewnić bezpieczeństwo tobie i dziecku.
Jego ton był spokojny, ale nie pozostawiał miejsca na negocjacje.
— Zamieszkasz w starym domu. Będę miał cię na oku i dopilnuję, żeby niczego ci nie brakowało.
— Nie potrzebuję twojej opieki.
— A ja nie pytam, czego potrzebujesz.
Przez chwilę w sali panowała cisza.
— Będę się tobą opiekował aż do narodzin dziecka — dokończył. — A kiedy przyjdzie na świat, zrobię test na ojcostwo.
Hancer zesztywniała.
— Cihanie…
— Jestem pewien wyniku.
Jego głos złagodniał.
— Jestem pewien bardziej niż czegokolwiek innego.
Pochylił się bliżej.
— To ja jestem ojcem tego dziecka.
W jego oczach nie było ani cienia wątpliwości.
— Nie będziemy już więcej prowadzić tej samej rozmowy.
Po chwili dodał ciszej:
— Ale jeśli mimo wszystko okaże się, że masz rację… jeśli ten człowiek naprawdę istnieje… wtedy będziesz wolna.
Hancer wstrzymała oddech.
— Nie zatrzymam cię. Pójdziesz, dokąd zechcesz — dodał.
Słowa zawisły między nimi.
Dziewczyna nie odpowiedziała. Patrzyła tylko na niego w milczeniu.
***
Melih stał przed urzędem stanu cywilnego, wpatrując się w wejście, jakby samą siłą woli mógł sprawić, że Sinem nagle się pojawi. Mimo zerwanych zaręczyn wciąż tliła się w nim ostatnia iskierka nadziei.
Ale nikt nie przyszedł.
W końcu opuścił wzrok i gorzko się uśmiechnął. Wszystko było już jasne. Sinem podjęła decyzję, a on nie miał innego wyjścia, jak ją zaakceptować.
Zrezygnowany, lecz dziwnie spokojny, wsiadł do udekorowanej ślubnymi wstążkami taksówki. Nie zadał sobie nawet trudu, by przebrać elegancki garnitur. Pojechał na targ, zrobił codzienne zakupy, a potem skierował się do starego domu, nie mając pojęcia, że w tym samym czasie Hancer przebywała w szpitalu.
Gdy dotarł na miejsce, od razu wyczuł, że coś jest nie tak.
Przeskoczył mur i ostrożnie ruszył przez podwórko. Wtedy zauważył szeroko otwarte drzwi wejściowe.
Zmarszczył brwi.
— Dziwne… — mruknął pod nosem.
Zaniepokojony zbliżył się do domu. Już miał przekroczyć próg, gdy z piętra dobiegły go podniesione głosy. Natychmiast się zatrzymał.
Przywarł do ściany i zaczął nasłuchiwać.
— Cokolwiek robię, to nic nie daje! — wyrzucała z siebie Beyza, niemal kipiąc z wściekłości. — W żaden sposób nie mogę pozbyć się tej żmii! Spadła na moje życie jak najgorszy koszmar. Przysięgam, mam nadzieję, że umrze i nigdy nie wyjdzie z tego szpitala! Bezwstydnica! Zaszła w ciążę, bo pozazdrościła mi szczęścia! A potem jeszcze ma czelność oburzać się, kiedy nazywam ją kochanką!
Melih zesztywniał. Hancer w szpitalu?
Na górze rozległ się głos Gulsum:
— Co teraz będzie? Co się stanie, jeśli pan Cihan zabierze ją ze szpitala i przywiezie tutaj? Jeśli oczywiście przeżyje…
— Jeśli wróci, sama się nią zajmę! — syknęła Beyza.
Zapadła krótka, ciężka cisza.
Potem padły słowa, od których Melihowi zmroziło krew w żyłach.
— Zabiję ją. Słyszysz? Zabiję ją i to dziecko, które nosi pod sercem. Nie pozwolę, żeby się urodziło!
Melih zacisnął pięści tak mocno, że pobielały mu knykcie. Każdy mięsień w jego ciele napiął się jak struna. Serce waliło mu w piersi z mieszaniny gniewu, szoku i niedowierzania.
Hancer trafiła do szpitala, a Beyza życzyła jej śmierci.
Przez krótką chwilę miał ochotę wbiec na górę i skonfrontować się z nią natychmiast. Powstrzymał się jednak w ostatniej chwili.
Nie teraz. Najpierw musiał poznać prawdę.
Musiał dowiedzieć się, co wydarzyło się pod jego nieobecność.
Ale jedno wiedział już na pewno.
Bez względu na wszystko nie pozwoli, by Beyza skrzywdziła Hancer.


Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia były filmy Gelin 121.Bölüm i Gelin 122.Bölüm dostępne na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tych odcinków, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.






