„Panna młoda” Odc. 190 — streszczenie
Hilal zapukała krótko, po czym uchyliła drzwi i zajrzała do gabinetu. Jasne, przestronne wnętrze tonęło w chłodnym świetle. Cihan siedział przy dużym biurku z laptopem przed sobą, a Hancer pracowała nieco dalej, przy osobnym stanowisku, otoczona katalogami, próbkami materiałów i rozwiniętymi arkuszami projektów. Jej czerwony garnitur mocno odcinał się od stonowanych barw gabinetu.
Sekretarka weszła do środka ostrożnie, jakby już przeczuwała, że wiadomość, którą przynosiła, wywoła więcej pytań niż radości. Zatrzymała się przy biurku Hancer.
— Pani Hancer, dzwonił jeden z naszych klientów — powiedziała. — Chce przekazać fundacji bardzo wysoką darowiznę.
Hancer podniosła głowę znad dokumentów. W jej oczach pojawiło się zaskoczenie, ale też ostrożna nadzieja.
— Kto taki?
Hilal zawahała się na ułamek sekundy.
— Nie chciał podać nazwiska. Powiedział tylko, że ma jeden warunek.
W gabinecie natychmiast zrobiło się ciszej. Nawet Cihan, który dotąd udawał, że jest pochłonięty pracą, oderwał wzrok od ekranu i spojrzał w stronę kobiet.
— Jaki warunek? — zapytała Hancer, już znacznie chłodniej.
Hilal spuściła wzrok.
— Chce zjeść z panią kolację. Sam na sam.
Słowa zawisły w powietrzu. Hancer znieruchomiała, jakby nie była pewna, czy dobrze usłyszała. Cihan zmrużył oczy i oparł się wygodniej na krześle, uważnie obserwując reakcję byłej żony. Na jego twarzy nie było oburzenia. Raczej coś w rodzaju chłodnej, nieprzyjemnej ciekawości.
— Chyba nie zrozumiałam — powiedziała Hancer powoli. — Ten człowiek uzależnia darowiznę od tego, czy pójdę z nim na kolację?
— To nie musi znaczyć nic złego — odezwał się Cihan niespodziewanie spokojnym tonem. — Może po prostu chce cię poznać. Przekazuje dużą kwotę, więc chce mieć pewność, że jego pieniądze trafią we właściwe ręce.
Hancer odwróciła się ku niemu. W jej spojrzeniu mieszały się zdziwienie i nieufność.
— Naprawdę tak to widzisz? Nie przeszkadza ci, że nie podał nawet nazwiska?
Cihan westchnął, jakby tłumaczył oczywistą rzecz komuś, kto dopiero uczy się zasad gry.
— W świecie biznesu takie sytuacje nie są niczym niezwykłym. Nie wszyscy chcą od razu ujawniać swoją tożsamość. Może zależy mu na dyskrecji. Może chce się upewnić, że nie wykorzystasz tego nazwiska przed prasą. Nazwijmy to wyrafinowaniem relacji biznesowych.
Hancer zacisnęła palce na długopisie.
— A ja nazwałabym to co najmniej dziwnym.
— Jesteś na początku tej drogi — odparł Cihan. — Wiele rzeczy będzie ci się wydawało dziwnych, dopóki nie zrozumiesz, jak funkcjonuje ten świat.
Hancer przez chwilę milczała. Nie podobał jej się ani anonimowy darczyńca, ani warunek, ani spokój Cihana. Wszystko w tej sytuacji brzmiało jak próba sprawdzenia jej granic.
— Myślę, że bezpieczniej byłoby spotkać się z nim w ciągu dnia — powiedziała w końcu. — Na przykład podczas obiadu. W miejscu publicznym.
Cihan lekko uniósł brwi.
— Ważne spotkania zwykle odbywają się wieczorem. Poza tym to ty zabiegasz o wsparcie fundacji. Nie on o twoją łaskę. Jeśli chcesz wejść w ten świat, musisz nauczyć się dostosowywać do darczyńców.
Hancer spojrzała na niego uważnie. Miała wrażenie, że każde jego zdanie było próbą pchnięcia jej o krok dalej, w stronę decyzji, której sama nie była pewna.
Po chwili przeniosła wzrok na Hilal.
— Jeśli ten człowiek zadzwoni ponownie, przełącz rozmowę do mnie.
— Oczywiście, pani Hancer.
Hilal skinęła głową i wyszła z gabinetu, zostawiając za sobą napiętą ciszę.
Cihan jeszcze przez moment patrzył na Hancer, jakby czekał, aż sama przyzna, że sytuacja ją przerosła.
— W świecie biznesu trzeba być otwartym na takie wyzwania — powiedział w końcu. — Oczywiście decyzja należy do ciebie.
Hancer nie odpowiedziała. Pochyliła się nad dokumentami, choć litery nagle zaczęły zlewać jej się przed oczami. Udawała, że wraca do pracy, ale myślami wciąż była przy anonimowym darczyńcy, kolacji i spojrzeniu Cihana, które zdawało się mówić, że właśnie rozpoczęła się kolejna próba.


***
— Chcesz zaoferować mi pracę? — zapytała Sila, unosząc brwi z niedowierzaniem.
Siedzieli naprzeciwko siebie przy wąskim stole nakrytym białym obrusem. Niewielki dom Engina, zwykle cichy i niemal bez życia, tego poranka wyglądał inaczej. W powietrzu unosił się zapach świeżo zaparzonej herbaty, gorących tostów i jajek smażonych na małej patelni. Na środku stołu stały talerzyki z pomidorami, ogórkiem, serem, oliwkami i wędliną. Nawet błękitne ściany kuchni zdawały się jaśniejsze.
Engin spojrzał na Silę spokojnie. W jego oczach nie było litości ani pobłażania, których tak bardzo nie znosiła. Była za to szczerość.
— Oczywiście. Jeśli ty też tego chcesz.
Sila opuściła wzrok na koszyk z tostami, który jeszcze przed chwilą postawiła na stole.
— Dziękuję, ale nie mogę przyjąć takiej przysługi.
— To nie jest przysługa, Silo — odparł miękko Engin. — Sama widzisz, że potrzebuję pomocy. Po raz pierwszy od wielu miesięcy usiadłem do prawdziwego śniadania. I dopiero dziś zrozumiałem, jak bardzo brakowało mi w tym domu zwyczajnego życia.
Uśmiechnął się lekko, jakby sam był zaskoczony tym wyznaniem.
— Myślałem o zatrudnieniu kogoś już wcześniej, ale odkładałem to bez końca. Nie chcę wpuszczać pod swój dach obcej osoby. A ty… — urwał na chwilę, szukając właściwych słów. — Ty już tu jesteś. Znam cię. Wiem, że można ci ufać. I wydaje mi się, że ty też wolałabyś pracować dla kogoś, kogo znasz.
Sila patrzyła na niego uważnie. W jej spojrzeniu wciąż czaiła się nieufność, ale zaraz obok niej pojawiło się coś cieplejszego — może ulga, może nadzieja.
— Czyli miałabym tu zostać?
— Tak. Miałabyś własny pokój, pensję, ubezpieczenie i jeden dzień wolny w tygodniu.
— Dwa dni wolnego — wtrąciła natychmiast.
Engin zamrugał, a potem parsknął cichym śmiechem.
— Targujesz się ze mną?
— A co? Mam pracować bez negocjacji?
— Dobrze. Niech będą dwa dni — zgodził się, unosząc dłonie w geście kapitulacji. — Ale pod jednym warunkiem.
Sila zmrużyła oczy.
— Jakim?
— Chcę tostów każdego ranka.
Na jej twarzy pojawił się cień zwycięskiego uśmiechu.
— Dobrze. Ale dziś mam dzień wolny.
Engin spojrzał na nią z udawanym oburzeniem.
— Nawet jeszcze nie zaczęłaś pracować.
— Tym bardziej powinnam odpocząć przed rozpoczęciem — odparła z powagą. Po chwili jednak spoważniała naprawdę. — Chcę spotkać się z Hancer. Muszę jej osobiście powiedzieć, że zostaję i że przyjęłam tę pracę.
Engin skinął głową. Tym razem nie żartował.
— Masz rację. Powinna usłyszeć to od ciebie. Przygotuj się, pojedziemy razem.
Sila wstała od stołu. Przez moment wyglądała tak, jakby chciała coś jeszcze powiedzieć, ale ostatecznie tylko lekko się uśmiechnęła i ruszyła w stronę swojego pokoju.
Engin odprowadził ją wzrokiem. Gdy zniknęła za drzwiami, sięgnął po widelec, nabił kawałek ogórka i schrupał go ze smakiem. Po raz pierwszy od dawna w jego domu było ciepło. Nie tylko od herbaty i gorących tostów, lecz także od czyjejś obecności.

***
Yonca zbliżyła się do ściany i zamarła w bezruchu. Przez uchylone przejście widziała fragment przedpokoju, stół po śniadaniu i Deryę stojącą przy drzwiach naprzeciw Mukadder. W pokoju nadal pachniało herbatą, chlebem i niedojedzonym posiłkiem, ale atmosfera zgęstniała tak bardzo, że nawet najcichszy szelest wydawał się niebezpieczny.
Derya wciąż nie otrząsnęła się z szoku po niespodziewanym wtargnięciu Mukadder. Jeszcze przed chwilą była pewna, że udało jej się wywinąć, a teraz stała twarzą w twarz z kobietą, która przyniosła jej dowód winy. Rzucony na podłogę plecak i gąbkowa proteza ciążowego brzucha leżały między nimi jak niemy wyrok.

Mukadder patrzyła na nią chłodno, bez śladu litości.
— Naprawdę myślałaś, że zdołasz mnie oszukać tym swoim małym rozumkiem? — zapytała z pogardą. — Już wcześniej podejrzewałam, że to ty mi grozisz. Ale to, co zrobiłaś wczoraj wieczorem, całkowicie cię zdradziło. Teraz mam pewność.
Derya przełknęła ślinę. Jej twarz pobladła, lecz mimo wszystko próbowała zachować resztki pewności siebie.
— Jaki szantaż? O czym ty mówisz? — spytała, udając oburzenie.
Wiedziała jednak, że ta gra nie miała już sensu. Zdemaskowała się przez własną chciwość, przez głupie, nieprzemyślane ruchy. Jak amatorka, która sama podsunęła przeciwnikowi dowód pod nos.
Mukadder uśmiechnęła się kpiąco.
— Jaki szantażysta po zażądaniu dziesięciu milionów prosi jeszcze o dwie bransoletki?
Za ścianą Yonca zacisnęła usta.
— Co za idiotka… — syknęła pod nosem, z mieszaniną złości i niedowierzania. — Poprosiła o bransoletki i nawet mi o tym nie powiedziała. Ach, Derya…
— To mogła zrobić tylko chciwa idiotka taka jak ty — dodała Mukadder lodowatym tonem.
Derya uniosła dłonie w bezradnym geście.
— O jakich bransoletkach mówisz? Naprawdę cię nie rozumiem.
— Nawet nie próbuj — przerwała jej Mukadder. — Nie uratujesz się. Szantaż masz we krwi. Już wcześniej próbowałaś wyciągnąć ode mnie biżuterię. A jeśli nadal udajesz, że nie rozumiesz, Nusret wyjaśni ci wszystko lepiej, kiedy tu przyjedzie.
Na dźwięk tego imienia Yonca pobladła. Poczuła, jak nogi uginają się pod nią, a po plecach przebiega zimny dreszcz.
Nusret.
Ten sam Nusret, który odebrał jej dziecko i pochował ją żywcem.
Bezwzględny. Bezlitosny. Człowiek gotowy na wszystko.
Derya również straciła pewność siebie. Jej głos stał się cichszy.
— Nusret wie?
— Jeszcze nie — odparła Mukadder. — Ale się dowie. A wtedy sam cię przesłucha. Będzie pytał, dlaczego zrobiłaś tę głupotę. Kto podsunął ci ten pomysł. Kto ci pomagał. I dopóki nie pozna całej prawdy, nie odpuści. Będzie twoim koszmarem.
Derya wzdrygnęła się, jakby samo imię Nusreta było ciosem.
— Nie ma potrzeby, żeby o tym wiedział — powiedziała szybko. — Tak jak mówisz, to była głupota. Myślałam, że Beyza nie może mieć dzieci. Chciałam cię tylko trochę sprowokować. Nie róbmy z mrówki słonia.
Mukadder zmrużyła oczy.
— Miałaś doradcę? Wspólnika?
— Nie, nie — zaprzeczyła natychmiast Derya. — Wszystkie złe pomysły były moje. Zresztą, czy wymyśliłabym coś tak głupiego, gdybym miała doradcę? Nikogo nie było. Wiesz, jaka jestem chciwa. Nie podzieliłabym się łupem z nikim. Byłam tylko ja… i diabeł w mojej głowie.
Mukadder przyglądała się jej jeszcze przez chwilę, jakby próbowała wyłowić z tej plątaniny kłamstw choć jedno prawdziwe słowo.
— Nie myśl sobie, że oddałam ci bransoletki, bo się ciebie przestraszyłam — powiedziała w końcu. — Beyza może mieć dzieci. Lekarz postawił błędną diagnozę. Weszłam w tę grę tylko po to, żeby odkryć, kim jesteś.
Derya opuściła wzrok. W jej twarzy nie było już ani śladu triumfu.
— Niech będzie. To była dla mnie lekcja — powiedziała błagalnie. — Obiecuję, że oddam ci pieniądze za bransoletki. Tylko nie mów Nusretowi. Przysięgam na moje dziecko, że nigdy więcej mnie nie zobaczysz. Nawet nie usłyszysz mojego głosu. Niech wszystko będzie jak dawniej, dobrze, pani Mukadder?
Mukadder zrobiła krok w jej stronę. Jej spojrzenie było ostre i zimne.
— Jeśli jeszcze raz spróbujesz czegoś podobnego, Nusret naprawdę tu przyjdzie — ostrzegła. — Te bransoletki były znakiem mojej dobrej woli, ale nie przyniosą ci niczego dobrego.
Po tych słowach odwróciła się i wyszła, zostawiając za sobą ciężką ciszę.
Derya zamknęła drzwi dopiero po chwili. Stała przy nich blada i roztrzęsiona, obejmując się ramionami, jakby nagle zrobiło jej się lodowato zimno. Za ścianą Yonca nadal milczała. Wiedziała już, że przez lekkomyślność Deryi niebezpieczeństwo znów zbliżyło się do nich.


***
Sila weszła do gabinetu Cihana pewnym, zdecydowanym krokiem. Zatrzymała się kilka kroków przed nim i spojrzała mu prosto w oczy. W przestronnym biurze zapadła cisza. Cihan odwrócił się od biurka i zmierzył dziewczynę uważnym spojrzeniem.
— Dzień dobry, panie Cihanie — powiedziała spokojnie.
Na jego twarzy pojawił się ledwie dostrzegalny uśmiech.
— Jeszcze niedawno mówiłaś do mnie „bracie”. Kiedy stałem się „panem”?
Sila nawet nie drgnęła.
— W chwili, kiedy uznałeś, że kłamię.
Słowa dziewczyny wyraźnie go zaskoczyły. Przez moment milczał, po czym odpowiedział znacznie spokojniejszym tonem:
— Hancer musiała przekazać ci błędne informacje. Nigdy nie uważałem, że jesteś kłamczuchą. Wręcz przeciwnie. Wiem, że jesteś szczerą dziewczyną. To Hancer cię wykorzystała. Zrobiła z ciebie narzędzie do osiągnięcia własnego celu i właśnie to mnie zdenerwowało.
Na twarzy Sili pojawił się wyraz szczerej pogardy.
— Wiesz co? Dobrze się stało, że Hancer rozwiodła się z tobą.
Twarz Cihana natychmiast stwardniała.
— Uważaj na słowa! — rzucił ostrzegawczo. — Wiesz w ogóle, z kim rozmawiasz?
— Doskonale wiem. Rozmawiam z człowiekiem, który jest arogancki, porywczy i zawsze uważa, że tylko on ma rację. Nikomu nie daje szansy się wytłumaczyć. Widocznie to cecha charakterystyczna całej rodziny Develioglu.
Cihan zacisnął szczękę. Z trudem powstrzymywał narastającą złość. Zrobił krok w jej stronę i spojrzał na nią przenikliwie.
— Kogo jeszcze poznałaś z mojej rodziny, skoro wydajesz o nas takie wyroki?
Sila odpowiedziała bez chwili zawahania.
— Twoją matkę. Wyrzuciła mnie z podwórka. Twoja żona wyrzuciła mnie ze starego domu. A twoja bratowa zaatakowała mnie tylko dlatego, że odważyłam się porozmawiać z jej córką. Myślę, że to wystarczy, żeby wyrobić sobie zdanie o waszej rodzinie. Ale wiesz, co jest najgorsze? Ty przez całe małżeństwo nawet nie poznałeś Hancer.
Na twarzy Cihana pojawił się cień żalu.
— Byłem przekonany, że ją znam… Okazało się, że się myliłem. Mam tylko nadzieję, że ciebie nie oszuka.
Sila pokręciła głową.
— To ty się mylisz. Przygotuj się na chwilę, w której będziesz musiał przyznać, że popełniłeś błąd. Hancer zaskoczy was wszystkich. Niezależnie od tego, ile przeszkód rzucicie jej pod nogi, pozostanie prezeską fundacji i będzie pomagała ludziom, którzy naprawdę tego potrzebują.
Cihan spojrzał na nią chłodno.
— Dam ci jedną radę. Bez względu na okoliczności, nigdy nie pozwól zrobić z siebie marionetki.
Na ustach Sili pojawił się lekki, pełen politowania uśmiech.
— Dzięki Bogu, nie mam takiego zwyczaju. Hancer nawet nie wiedziała, że pojawię się wczoraj na wieczorze charytatywnym i zabiorę głos. Gdyby o tym wiedziała, zrobiłaby wszystko, żeby mnie powstrzymać. To ty jesteś więźniem własnych przekonań. Tak bardzo wierzysz w swoją wersję wydarzeń, że przestałeś dostrzegać prawdę.
Po tych słowach odwróciła się i bez pośpiechu ruszyła do wyjścia. Drzwi zamknęły się cicho za jej plecami, a Cihan został sam w gabinecie, wpatrzony w miejsce, w którym jeszcze przed chwilą stała. Jej słowa nie dawały mu spokoju.


***
Yonca i Derya siedziały obok siebie na kanapie, lecz między nimi nie było już ani cienia porozumienia. W pokoju panowała ciężka, duszna cisza. Derya skrzyżowała ręce na piersi i odwróciła wzrok, jakby sama obecność Yoncy działała jej na nerwy. Yonca natomiast nie przestawała patrzeć na nią z wyrzutem. Jej twarz była napięta, a w oczach zbierała się złość, której nie potrafiła już powstrzymać.

— Dlaczego tak na mnie patrzysz? — zapytała Derya z pretensją w głosie. — Przeżyłyśmy piekło. Piekło!
Yonca parsknęła gorzko.
— Co niby przeżyłyśmy? Dziesięć milionów przeszło nam koło nosa przez ciebie! — wyrzuciła z siebie. — Czy nie mówiłam ci, żebyś nie szła na ten wieczór charytatywny? Nie prosiłam, żebyś siedziała cicho? Wszystko zepsułaś! Przez ciebie nie mogłam odwiedzać swojego dziecka przez kilka dni. Czekałam, nie mogąc wyrwać go z ich rąk. I jaki jest teraz wynik? Nie mamy nawet złamanego kurusza! Wstydź się!
Derya poderwała głowę. Jej twarz natychmiast stężała.
— Zamiast całować mnie po rękach za to, że cię uratowałam, ty jeszcze mnie pouczasz? — odburknęła. — Byłam z tobą przez miesiące. Ukrywałam cię, karmiłam, znosiłam twoje humory, ty niewdzięcznico!
Yonca zerwała się z kanapy. Nie mogła już usiedzieć w miejscu.
— W ogóle nie powinnam była cię słuchać! — krzyknęła. — Powinnam już dawno porwać swoje dziecko i odejść!
Derya również wstała, rozjuszona do granic.
— A ja żałuję, że oddałam te dwie bransoletki fryzjerce! — rzuciła z wściekłością. — Przynajmniej miałabym teraz jakąś pociechę!
Yonca rozłożyła ręce, jakby naprawdę nie mogła uwierzyć w to, co słyszała.
— Oszaleję… Ty nadal mówisz o bransoletkach!
W następnej chwili straciła panowanie nad sobą. Rzuciła się na Deryę i chwyciła ją za włosy, szarpiąc z całej siły.
— Wszystko, co nam się przydarzyło, to twoja wina!
— Kogo ty śmiesz atakować?! — wrzasnęła Derya, próbując wyrwać się z jej uścisku. — Bądź przeklęta!
W pokoju wybuchł chaos. Kobiety zaczęły szarpać się jak dwie rozwścieczone przeciwniczki, popychając się, krzycząc i wymierzając sobie chaotyczne ciosy. Jedna ciągnęła drugą za włosy, druga próbowała odepchnąć ją od siebie, a ich krzyki odbijały się od ścian niewielkiego salonu.
Cemil, zaalarmowany hałasem, wpadł do pokoju z przerażeniem wypisanym na twarzy. Na widok bijących się kobiet zamarł tylko na ułamek sekundy, po czym rzucił się między nie.
— Oszalałyście?! — huknął, próbując je rozdzielić.

Nie było to łatwe. Derya i Yonca wciąż wyrywały się ku sobie, a Cemil sam oberwał kilka razy, zanim wreszcie udało mu się odciągnąć jedną od drugiej. Derya opadła na kanapę i ukryła twarz w dłoniach, roztrzęsiona i upokorzona. Yonca, ciężko oddychając, stanęła naprzeciwko nich, blada ze złości.
Cemil spojrzał raz na jedną, raz na drugą. Był wściekły.
— Nie wiem, jaki macie problem i nawet nie chcę tego wiedzieć — powiedział ostro. — Ale jedno jest jasne: wy się po prostu nie znosicie.
Następnie zwrócił się do Yoncy. Jego głos stał się twardszy.
— Według zasad, których mnie nauczono, nie kłóci się z gospodarzem, który daje człowiekowi chleb i dach nad głową. To koniec. Spakuj swoje rzeczy i idź swoją drogą.
Yonca uniosła podbródek, choć w jej oczach wciąż drżała wściekłość.
— Nawet gdybyś kazał mi zostać, nie zostałabym ani chwili dłużej! — syknęła. — Niech Bóg was ukarze!
Odwróciła się gwałtownie i szybkim krokiem ruszyła do swojego pokoju. W salonie została tylko Derya, skulona na kanapie, oraz Cemil, który stał pośrodku pokoju i z niedowierzaniem patrzył na to, co przed chwilą wydarzyło się w jego domu.
***
Kwadrans później napięcie w domu wcale nie opadło. Przeciwnie — wisiało w powietrzu niczym ciężka zasłona, której nikt nie potrafił odsunąć. Derya siedziała na kanapie z urażoną miną, udając, że wszystko ma pod kontrolą. Cemil zajął miejsce naprzeciwko niej, wciąż oszołomiony tym, czego przed chwilą był świadkiem. Patrzył na żonę z mieszaniną gniewu, bezradności i niedowierzania.
— Kobieto, jaki właściwie jest twój problem? — zapytał w końcu, rozkładając ręce. — Nie było rzeczy, której byś nie zrobiła, żeby przekonać mnie, by Yonca została pod naszym dachem. A teraz? O mało się nawzajem nie pozabijałyście! Jej też nie rozumiem. Czy jej dziecko nie jest w szpitalu? Daliśmy jej dach nad głową, jedzenie, spokój… Dlaczego jeszcze się awanturuje? Boże, naprawdę nie rozumiem, o co w tym wszystkim chodzi.
Derya machnęła ręką, jakby chciała jednym gestem zamknąć całą sprawę.
— Dobrze, było, minęło — odparła z udawaną lekkością. — Yonca już odeszła i tylko to się liczy.
Nie zdążyła powiedzieć nic więcej, bo w domu rozległo się przeciągłe skrzypnięcie otwieranych drzwi. Po chwili w salonie pojawił się Emir. Chłopiec wszedł pewnym krokiem, trzymając w rękach duży czarny plecak — ten sam, który wcześniej przyniosła Mukadder.

— Ale fajny plecak — oznajmił z zachwytem, oglądając go z każdej strony.
Derya zamarła na moment, lecz natychmiast spróbowała zachować spokój. Wzruszyła ramionami.
— Kupiłam go na wyprzedaży — powiedziała szybko. — Pomyślałam, że kiedyś może się przydać.
Emir spojrzał na nią z nadzieją.
— To może będzie mój plecak szkolny? — poprosił. — Będę go zabierał w dni, kiedy mam WF.
Nie czekając na odpowiedź, rozsunął zamek i zajrzał do środka. Derya poderwała się lekko, ale było już za późno. Chłopiec wyciągnął z plecaka miękką, wykonaną z gąbki protezę ciążowego brzucha. Przez chwilę obracał ją w dłoniach, po czym jego twarz rozjaśniło nagłe olśnienie.
— Wiem, co to jest! — zawołał. — Jedna aktorka miała coś takiego w serialu. Udawała, że jest w ciąży, żeby oszukać swojego męża!


W salonie zapadła cisza. Cemil otworzył szeroko oczy i powoli przeniósł wzrok z syna na Deryę.
— O czym mówi ten chłopak? — zapytał podejrzliwie. — Przecież mówiłaś mi, że to gorset na ból pleców.
Derya uśmiechnęła się nerwowo, choć jej twarz zdradzała coraz większe napięcie.
— Oczywiście, że to gorset — odparła, próbując nadać głosowi swobodny ton. — Co Emir może wiedzieć o takich rzeczach? To jeszcze dziecko.
Chłopiec jednak nie dawał za wygraną. Przycisnął sztuczny brzuch do siebie i pokręcił głową.
— Jaki gorset? Przysięgam, że to dokładnie taki sam sztuczny brzuch, jaki widziałem w serialu!
Derya natychmiast wyrwała mu przedmiot z rąk.
— Zamiast oglądać głupoty w telewizji, lepiej weź się za naukę — syknęła, starając się ukryć panikę pod maską złości. — No już, zmykaj!
Emir cofnął się niechętnie i opuścił salon, choć wciąż wyglądał na przekonanego, że miał rację. Gdy tylko zniknął za drzwiami, w pokoju znów zrobiło się cicho.
Cemil nie spuszczał wzroku z żony. Jego twarz stężała. Derya stała z protezą w rękach, próbując udawać oburzenie, ale im dłużej trwało milczenie, tym bardziej było jasne, że jej wyjaśnienia nie przekonały nikogo.
Cemil nie wiedział jeszcze, co dokładnie ukrywała. Wiedział jednak jedno: Derya kłamała.


Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia były filmy Gelin 140.Bölüm i Gelin 141.Bölüm dostępne na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tych odcinków, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.






