„Panna młoda” Odc. 184 — streszczenie
Do gabinetu Cihana wszedł młody mężczyzna. Był wysoki, szczupły, ale nie sprawiał wrażenia kruchego. Miał ciemne, lekko kręcone włosy, jasne oczy i krótki, starannie przystrzyżony zarost, który dodawał mu powagi mimo młodego wieku. Ubrany był prosto: w jasnobeżowy sweter, czarną kurtkę i dżinsy. Nie wyglądał jak ktoś przyzwyczajony do wielkich gabinetów, marmurów i drogich dywanów. Trzymał się jednak prosto, z godnością, choć w jego spojrzeniu można było dostrzec napięcie.
Podszedł do biurka i zatrzymał się kilka kroków przed Cihanem.
— Dzień dobry — powiedział. — Nazywam się Yigit Karayel.
Cihan wskazał mu fotel.
— Proszę, usiądź.
Yigit skinął głową i zajął miejsce naprzeciwko. Przez moment ściskał dłonie między kolanami, jakby zbierał odwagę, by powiedzieć coś ważnego.
Cihan odchylił się lekko na krześle.
— Słucham cię. Powiedziałeś sekretarce, że mnie znasz. Ale ja cię nie poznaję.
Yigit spuścił wzrok, po czym znów spojrzał na niego z powagą.
— Właściwie my się nie znamy. Ale znałeś mojego brata. Jestem bratem Güvena. Twojego przyjaciela z wojska.
Twarz Cihana natychmiast się zmieniła. Chłód w jego spojrzeniu ustąpił miejsca zaskoczeniu.
— Güvena? — powtórzył ciszej. — Naprawdę?
Yigit skinął głową.
Cihan przez chwilę milczał, jakby imię dawnego przyjaciela otworzyło w nim wspomnienia, do których nie zaglądał od lat.
— Dawno go nie widziałem — powiedział w końcu. — Wiem, że po służbie został w wojsku. Słyszałem, że awansował na sierżanta. Dlaczego nie przyszedł z tobą?
Yigit zacisnął szczękę. Jego twarz wyraźnie posmutniała.
— Straciliśmy go w zeszłym roku — odpowiedział cicho. — Poległ.
W gabinecie zapadła cisza.
Hancer, która do tej pory słuchała z boku, odruchowo odłożyła dokumenty. Serce ścisnęło jej się na widok młodego człowieka, który próbował mówić spokojnie, choć każde słowo wyraźnie sprawiało mu ból.
— Bardzo mi przykro — odezwała się łagodnie. — Proszę przyjąć moje kondolencje.
Yigit spojrzał w jej stronę i skinął głową.
— Dziękuję.
Cihan wstał powoli zza biurka. Przez chwilę patrzył na chłopaka w milczeniu, jakby próbował odnaleźć w jego twarzy rysy dawnego przyjaciela.
— Güven był dobrym człowiekiem — powiedział niskim głosem. — I odważnym żołnierzem.
Yigit przełknął ślinę.
— Dla nas też był wszystkim.
Cihan wrócił na miejsce, ale jego twarz nie była już tak surowa jak wcześniej.
— Co mogę dla ciebie zrobić? — zapytał. — Powiedz śmiało. Skoro jesteś bratem Güvena, nie jesteś tu obcym człowiekiem.
Yigit wyprostował się.
— Przyjechałem do Stambułu, żeby zaopiekować się rodziną. Po śmierci brata wiele rzeczy spadło na mnie. Znalazłem pracę jako kierowca w fabryce, ale poprosili mnie o rekomendację. Nie znam tutaj nikogo wpływowego. Mój brat często o tobie wspominał, dlatego pozwoliłem sobie przyjść. Gdybyś mógł napisać kilka słów albo poręczyć za mnie…
Nie dokończył. Widać było, że sama prośba kosztuje go wiele dumy.
Cihan spojrzał mu prosto w oczy.
— Nie mogę tego zrobić.
Słowa padły twardo.
Hancer aż drgnęła.
Przez sekundę nie mogła uwierzyć, że usłyszała dobrze. Ten chłopak stracił brata, przyjechał do obcego miasta, prosił nie o jałmużnę, ale o szansę. A Cihan odpowiedział mu tak chłodno, tak bezwzględnie, jakby sprawa nie miała dla niego żadnego znaczenia.
Yigit natychmiast spuścił wzrok. Na jego twarzy pojawiło się zawstydzenie.
— Rozumiem — powiedział cicho i wstał. — Przepraszam, że zająłem twój czas.
Odwrócił się, chcąc odejść.
— Poczekaj.
Głos Cihana zatrzymał go przy drzwiach. Yigit obejrzał się niepewnie.
Cihan również wstał. Obszedł biurko i podszedł do niego powoli.
— Dokąd idziesz?
Chłopak zmieszał się.
— Nie chciałem przeszkadzać. Skoro nie możesz…
Nie zdążył dokończyć.
Cihan położył mu rękę na ramieniu, a potem niespodziewanie przyciągnął go do siebie i objął mocno, po męsku, z uczuciem, którego Hancer nigdy wcześniej u niego nie widziała.
Yigit zamarł zaskoczony. Cihan przymknął oczy na krótką chwilę.
— Nie pozwolę, żeby brat Güvena pracował dla obcych ludzi — powiedział cicho, ale stanowczo. — Twój brat był mi bliski. Jeśli odszedł, zostawił mi was pod opieką. Ciebie i twoją rodzinę.
Yigit odsunął się powoli, wciąż niepewny, czy dobrze rozumie.
— Co chcesz przez to powiedzieć?
Cihan sięgnął do kieszeni i wyjął kluczyki.
— Będziesz moim kierowcą.
Chłopak spojrzał na kluczyki, potem na Cihana.
— Ale ja… nie wiem, co powiedzieć.
— Nic nie mów. Auto jest na parkingu. Najpierw pójdziesz do działu kadr, żeby cię zarejestrowali. Potem do księgowości. Dostaniesz zaliczkę.
— Zaliczkę?
— Będziesz jej potrzebował, skoro dopiero zaczynasz w Stambule.
Yigitowi zaszkliły się oczy. Natychmiast jednak opanował wzruszenie i wyprostował się, jakby nie chciał okazać słabości.
— Bardzo ci dziękuję. Naprawdę. Nie wiem, jak mam się odwdzięczyć.
Cihan ścisnął lekko jego ramię.
— Pracuj uczciwie. To wystarczy.
— Nie zawiodę cię.
— Wiem.
Yigit wziął kluczyki. Uśmiechnął się z wdzięcznością, najpierw do Cihana, potem skinął głową Hancer.
— Dziękuję również pani.
— Powodzenia — odpowiedziała ciepło.
Chłopak jeszcze raz spojrzał na Cihana, po czym wyszedł z gabinetu. Drzwi zamknęły się za nim cicho.
Przez moment w pomieszczeniu panowała cisza.
Cihan wrócił za biurko, jakby nic szczególnego się nie wydarzyło. Usiadł, otworzył laptop i znów skupił wzrok na ekranie.
Hancer jednak nie potrafiła tak po prostu wrócić do pracy.
Patrzyła na niego inaczej niż przed chwilą.
Jeszcze rano zostawił ją samą na poboczu, upokorzoną i wściekłą. W gabinecie potrafił być chłodny, bezlitosny, dumny i okrutnie pewny siebie. A jednak przed chwilą zobaczyła w nim człowieka, który bez wahania wyciągnął rękę do brata poległego przyjaciela. Człowieka, który nie tylko dał mu pracę, ale też wziął odpowiedzialność za jego rodzinę.
Więc jednak miał serce.
Tylko z jakiegoś powodu tak bardzo starał się je ukryć.


***
Cemil przekroczył próg domu i od razu westchnął ciężko. Zatrzymał się w przedpokoju, jakby dopiero po zamknięciu drzwi poczuł całe zmęczenie minionego dnia. Przesunął dłonią po twarzy, po czym zawołał w głąb mieszkania:
— Derya! Wróciłem!
Zamiast żony w korytarzu pojawiła się Yonca. Spojrzała na niego z lekkim uśmiechem.
— Witaj, bracie Cemilu.
Cemil rozejrzał się po domu.
— Deryi nie ma?
— Poszła do fryzjera. Powiedziała, że niedługo wróci.
— Do fryzjera? — zdziwił się Cemil, marszcząc brwi. — Kiedy ona ostatnio była u fryzjera? Nawet nie pamiętam.
Yonca wzruszyła ramionami. W tej samej chwili rozległo się pukanie do drzwi.
Cemil odwrócił się i otworzył.
Na progu stała kobieta, której przez pierwszą sekundę w ogóle nie rozpoznał. Miała na głowie burzę jasnych, kręconych blond włosów z grzywką opadającą na czoło. Ciemne, duże okulary zasłaniały jej oczy, a czerwone usta rozciągały się w pewnym siebie uśmiechu. Ubrana była jak dama wracająca z eleganckiej dzielnicy: w długi, ciemny płaszcz, jasną bluzkę w kwiaty i zieloną spódnicę. W dłoni trzymała torebkę, a całą postawą dawała do zrozumienia, że oczekuje zachwytu.
Cemil zamrugał zaskoczony.
— Dzień dobry, siostro — powiedział niepewnie.
Kobieta przekroczyła próg i uniosła brodę.
— Siostro? — powtórzyła rozbawiona.
Cemil cofnął się o krok.
— Przepraszam, pojawiłaś się tak nagle… Szukasz kogoś?
Kobieta pochyliła się ku niemu i z czułą bezczelnością szturchnęła go palcem w nos.
— Ciebie szukam, głuptasie.
Opuściła okulary na czubek nosa i spojrzała na niego znad ciemnych szkieł.


Cemil otworzył szeroko oczy.
— Boże święty… Derya?! — zawołał. — Jak ty wyglądasz?
Derya roześmiała się z satysfakcją. Obróciła się lekko, jakby stała nie w skromnym przedpokoju, lecz na czerwonym dywanie.
— Zmieniłam się, prawda?
Yonca przyglądała jej się z niedowierzaniem. Dopiero po chwili na jej twarzy pojawił się szczery podziw.
— Wyglądasz bardzo szykownie, Deryo. Naprawdę. Nawet ja cię nie poznałam. Trzeba mieć odwagę, żeby przefarbować się na blond.
Derya parsknęła śmiechem.
— Spokojnie, kochana. To tylko peruka.
Jednym ruchem zdjęła blond loki z głowy. Pod spodem ukazały się jej naturalne rude włosy. Potrząsnęła nimi z dumą, jakby właśnie odsłoniła największy sekret swojej metamorfozy.
Cemil nadal patrzył na nią oszołomiony.
— Deryo, zachowujesz się jak jakaś aktorka — mruknął. — Nie wpędzaj mnie w zakłopotanie w tym wieku.
— Czyżbyś był zazdrosny? — zapytała z figlarnym uśmiechem.
— Zazdrosny? — prychnął. — Po prostu próbuję zrozumieć, co się tu dzieje. Po co ci ten makijaż, okulary i peruka? W okolicy jest jakieś wesele?
— Nie. — Derya poprawiła płaszcz i weszła głębiej do mieszkania. — Dziś w salonie były darmowe zabiegi, więc skorzystałam. Właścicielka bardzo mnie polubiła. Nawet podarowała mi tę perukę.
Cemil spojrzał na nią podejrzliwie.
— Właścicielka salonu rozdaje peruki za darmo?
— Powiedziałam ci przecież, że mnie polubiła.
— A ja słyszałem coś innego — odparł Cemil. — W kawiarni mówili, że salon bankrutuje. Pewnie rozdaje to, czego jeszcze nie zajęli wierzyciele.
Uśmiech Deryi na chwilę zamarł.
— Skąd to wiesz?
— Ludzie gadają. Podobno otworzyła interes z wielkimi planami, a po pół roku wszystko się posypało.
Derya natychmiast uniosła podbródek. Nie chciała przyjąć do wiadomości, że piękna wizja, którą roztoczyła przed nią właścicielka salonu, mogłaby być kłamstwem.
— W kawiarni ludzie piją nie tylko kawę i herbatę, ale także alkohol, a potem plotą bzdury — stwierdziła ostro. — Ta kobieta znalazła żyłę złota. Otwiera większy salon z wypracowanych zysków. Kiedy komuś zaczyna się powodzić, inni natychmiast próbują go oczernić. Szczególnie kobiety.
Yonca skinęła głową, od razu stając po jej stronie.
— Ona ma rację, bracie Cemilu. Ludzie nie znoszą, kiedy komuś się udaje.
Cemil spojrzał raz na jedną, raz na drugą. Westchnął z rezygnacją.
— Wy obie zawsze wiecie lepiej.
Derya uśmiechnęła się triumfalnie.
— Oczywiście, że wiem lepiej. A teraz pójdę trochę odpocząć.
Założyła okulary z powrotem na nos, chwyciła blond perukę w dłoń i ruszyła do salonu dostojnym krokiem, jakby naprawdę była wielką gwiazdą wracającą po udanej premierze.
Cemil odprowadził ją wzrokiem, wciąż nie mogąc dojść do siebie.
— Aktorka… — mruknął pod nosem. — Brakowało mi tylko tego.
Yonca uśmiechnęła się lekko, ale jej spojrzenie pobiegło za Deryą z wyraźnym zainteresowaniem. Dobrze widziała, że w głowie kobiety zaczyna kiełkować coś więcej niż zwykła zachcianka po wizycie u fryzjera.
Derya nie wróciła z salonu tylko z peruką.
Wróciła z marzeniem, które mogło okazać się bardzo niebezpieczne.

***
Po porażce w głosowaniu Beyza nie zamierzała pogodzić się z tym, że Hancer będzie teraz pracować w firmie, tuż obok Cihana. Nie zależało jej na fundacji. Nigdy nie marzyła o obowiązkach, spotkaniach ani odpowiedzialności za ludzi, którym trzeba pomagać. Sama myśl o pracy budziła w niej niechęć. Chciała zostać prezeską tylko po to, by zablokować Hancer drogę do tego miejsca.
A teraz Hancer nie tylko wygrała. Miała codziennie pojawiać się w firmie, rozmawiać z Cihanem, pracować z nim pod jednym dachem i krok po kroku odzyskiwać przestrzeń, którą Beyza uważała za swoją. Tego nie mogła znieść.
Postanowiła więc uderzyć tam, gdzie fundacja była najbardziej wrażliwa — w darczyńców.
Jeszcze tego samego wieczoru sięgnęła po listę głównych donatorów z ostatnich lat. Dzwoniła do jednego po drugim, starannie dobierając słowa. Jej głos był spokojny, niemal zatroskany, ale każde zdanie miało zatruwać zaufanie.
Informowała, że po objęciu stanowiska przez nową, niedoświadczoną prezeskę rodzina Develioglu nie może już brać odpowiedzialności za sposób zarządzania fundacją. Nie mówiła wprost, że darczyńcy powinni się wycofać. Nie musiała. Wystarczyło zasiać wątpliwość.
A wątpliwość, raz zasiana, bardzo szybko zaczęła przynosić owoce.
***
Następnego dnia w firmie panowała pozorna cisza. W przestronnym gabinecie Cihana światło wpadało przez duże okna, kładąc jasne plamy na dywanie i blatach biurek. Przy ustawionym z boku stanowisku Hancer kończyła porządkować dokumenty. Po nieprzespanej nocy miała podkrążone oczy, ale w jej postawie było coś twardego, upartego. Nie zamierzała okazać zmęczenia.
Gdy Cihan wszedł do gabinetu, od razu wstała. W dłoniach trzymała przygotowaną teczkę. Turkusowa okładka mocno odcinała się od bieli jej koszuli.
— Dokumentacja jest gotowa — powiedziała spokojnie, podając mu plik. — Możesz przejrzeć ją, kiedy znajdziesz chwilę.
Cihan zatrzymał się przed nią. Przez moment patrzył nie na dokumenty, lecz na jej twarz, jakby próbował odczytać, ile naprawdę kosztowała ją ta noc pracy. Dopiero potem wziął teczkę i otworzył ją powoli.
Przerzucił kilka stron. Jego spojrzenie przesunęło się po tabelach, zestawieniach i wyliczeniach. Hancer czekała w milczeniu, z dłońmi splecionymi przed sobą.
— Dobra robota — powiedział nagle.
Hancer uniosła wzrok, wyraźnie zaskoczona. Takich słów się po nim nie spodziewała.
Cihan nie od razu dodał coś więcej. Zamknął teczkę i przez krótką chwilę obracał ją w dłoniach.
— Zrobiłaś coś, co nie jest łatwe dla kogoś, kto jeszcze wczoraj nie wiedział, jak poruszać się po arkuszu kalkulacyjnym — ciągnął. — Pracowałaś ciężko. To widać. Ręce, które ci pomogły, też musiały być cierpliwe i bardzo zdolne.
W jego głosie pojawiła się nuta, której Hancer nie potrafiła od razu nazwać. Nie była to już pochwała. Raczej chłodna zapowiedź czegoś, co miało dopiero nadejść.
Cihan opuścił wzrok na dokumenty.
— Szkoda tylko, że cały ten wysiłek okazał się daremny.
Hancer zesztywniała.
— Co to znaczy?
Mężczyzna zacisnął palce na teczce, aż papier lekko się zgiął. Jego twarz stwardniała. Ciepły ton zniknął tak szybko, jakby nigdy go nie było.
— To znaczy, że twoja prezesura trwała jeden dzień.
— Nie rozumiem.
— Fundacja została zamknięta.
Słowa uderzyły w Hancer tak mocno, że przez chwilę nie była w stanie odpowiedzieć. Patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami, jakby miała nadzieję, że zaraz cofnie to, co powiedział.
— Jak to zamknięta? — zapytała cicho. — O czym ty mówisz? Wczoraj odbyło się głosowanie. Dzisiaj rano przygotowałam plan, o który prosiłeś. Co mogło się zmienić w ciągu jednej nocy?
Cihan odwrócił się i ruszył w stronę swojego biurka. Położył teczkę na blacie, ale nie usiadł od razu. Oparł dłonie o krawędź stołu i przez moment patrzył na dokumenty, jakby to one były winne całej sytuacji.
— Sam chciałbym znać odpowiedź — odparł. — Wczoraj wieczorem do księgowego zaczęli dzwonić darczyńcy. Jeden po drugim. Wycofują wsparcie.
Hancer pobladła.
— Dlaczego?
— Nie podali konkretnego powodu. Niektórzy powiedzieli, że od teraz będą pomagać innym fundacjom. Inni zasłonili się zmianą planów finansowych. Kilku po prostu poinformowało, że kończy współpracę.
— To niemożliwe — szepnęła Hancer. — Przecież nie mogli wszyscy nagle podjąć takiej decyzji.
Cihan spojrzał na nią chłodno.
— A jednak podjęli.
Hancer powoli usiadła na krześle przy swoim biurku. W jednej chwili zmęczenie po nieprzespanej nocy stało się ciężarem nie do udźwignięcia. Zacisnęła palce na krawędzi blatu.
— Powiedziałeś, że fundacja jest częścią firmy — przypomniała. — Czy środki firmy nie wystarczą, żeby ją utrzymać?
— Firma opłaca pensje pracowników i wynajem lokalu. Możemy to robić jeszcze do końca miesiąca. Nie dłużej. Bez darczyńców fundacja nie ma czym oddychać.
— Ale przecież są dzieci, kobiety, ludzie, którzy liczą na pomoc…
— Właśnie dlatego prezes fundacji powinien wiedzieć, jak utrzymać ją przy życiu — przerwał jej Cihan.
Hancer spojrzała na niego z bólem.
— Czy ty naprawdę mówisz mi to w taki sposób?
— Mówię ci prawdę. — Usiadł za biurkiem i otworzył laptopa, jakby rozmowa była już zakończona. — Teraz ty zarządzasz fundacją. Chciałaś odpowiedzialności, więc ją masz. Znajdź rozwiązanie.
— Czyli to wszystko? — zapytała. — Po prostu powiesz „powodzenia” i wrócisz do swoich spraw?
Cihan podniósł na nią wzrok.
— A czego oczekiwałaś? Że będę prowadził fundację za ciebie?
Hancer zacisnęła usta. Przez chwilę w gabinecie słychać było tylko ciche buczenie komputera i odległy szum firmy za drzwiami.
— Pracowałam całą noc — powiedziała w końcu drżącym, ale stanowczym głosem. — Nie dlatego, że chciałam ci coś udowodnić. Zrobiłam to, bo uwierzyłam, że mogę pomóc ludziom, którym pomagała Yasemin. Jeśli myślisz, że po jednym ciosie odejdę, bardzo się mylisz.
Cihan nie odpowiedział.
Hancer wstała powoli. Na jej twarzy nie było już zagubienia. Pozostał lęk, ale pod nim zaczynała przebijać determinacja.
— Nie wiem jeszcze, kto za tym stoi — powiedziała. — Nie wiem, dlaczego darczyńcy nagle się wycofali. Ale dowiem się. I znajdę sposób, żeby fundacja przetrwała.
Cihan oparł się wygodniej w fotelu.
— W takim razie powodzenia, pani prezes.
Tym razem w jego głosie nie było ani wsparcia, ani wiary. Była próba upokorzenia.
Hancer przygryzła wargę, ale nie spuściła wzroku.
Wiedziała, że czeka ją walka znacznie trudniejsza niż przygotowanie pierwszej tabeli. Ktoś chciał odebrać fundacji przyszłość, zanim ta naprawdę trafiła w jej ręce.
I Hancer coraz mocniej czuła, że to nie był przypadek.

***
Zapukała cicho do gabinetu Engina, ale nie czekała na odpowiedź. Weszła do środka ze spuszczoną głową, jakby każdy krok kosztował ją więcej sił, niż była gotowa przyznać. W dłoniach ściskała dokumenty, które jeszcze rano miały być jej dowodem zwycięstwa nad własną niewiedzą i lękiem.
Teraz wydawały się zupełnie bez znaczenia.
Engin siedział za biurkiem. Gdy tylko zobaczył jej twarz, od razu odłożył długopis. W jego spojrzeniu pojawił się niepokój.
— Hancer? — odezwał się łagodnie. — Co się stało? Co powiedział ci Cihan?
Dziewczyna usiadła naprzeciwko niego. Nie opadła na fotel gwałtownie, raczej osunęła się na niego powoli, jak ktoś, komu nagle zabrakło sił. Przez chwilę patrzyła na własne dłonie, splecione nerwowo na kolanach.
— To nie chodzi o Cihana — powiedziała cicho. — Chodzi o fundację.
Engin zmarszczył brwi.
— O fundację? Co masz na myśli?
Hancer przełknęła ślinę. Głos drżał jej mimo wszelkich starań, by zachować spokój.
— Donatorzy wycofują swoje wsparcie. Jeden po drugim. Cihan powiedział, że jeśli nic się nie zmieni, fundacja zostanie zamknięta.
Prawnik przez moment milczał. W jego oczach pojawiło się coś pomiędzy niedowierzaniem a gniewem.
— Zamknięta? — powtórzył powoli, jakby chciał upewnić się, że dobrze usłyszał. — Fundacja, która działa od lat, ma upaść w ciągu jednego dnia?
Hancer bezradnie rozłożyła ręce.
— Sama tego nie rozumiem. Wczoraj zostałam wybrana, a dziś wszystko się rozpada. Cihan twierdzi, że część darczyńców zadzwoniła do księgowego i poinformowała, że nie będzie już przekazywać pieniędzy. Podobno połączenia nadal przychodzą.
Engin oparł łokcie na biurku i potarł palcami brodę. Jego twarz stwardniała.
— Właśnie wtedy, kiedy objęłaś stanowisko — powiedział chłodno. — Co za niezwykły zbieg okoliczności.
Hancer podniosła na niego oczy. Były pełne zmęczenia i lęku, ale też rozpaczliwej determinacji.
— Cihan powiedział, że firma może utrzymać fundację tylko do końca miesiąca. Dał mi jasno do zrozumienia, że później mam sobie radzić sama. Enginie, jak ja mam to zrobić? — Jej głos załamał się na ostatnim zdaniu. — Yasemin powierzyła mi coś, co było dla niej ważne. Jeśli pozwolę, żeby jej dzieło zniknęło, nigdy sobie tego nie wybaczę.
Engin wstał tak gwałtownie, że fotel odsunął się z cichym zgrzytem.
— Dokąd idziesz? — zapytała Hancer, zaskoczona.
— Porozmawiać z Cihanem.
— Enginie…
— Nie martw się — przerwał jej, ale w jego głosie nie było już dawnej łagodności. — Nie pozwolę, żeby spuścizna mojej siostry została potraktowana jak pionek w czyjejś prywatnej wojnie.
Nie czekając na odpowiedź, wyszedł z gabinetu.
***
Do gabinetu Cihana wpadł jak burza. Nie zapukał. Otworzył drzwi z takim impetem, że uderzyły o ścianę, a Cihan oderwał wzrok od laptopa.
— Enginie — powiedział lodowato. — Czy ty już naprawdę zapomniałeś, jak się wchodzi?
Prawnik nie zwrócił uwagi na jego ton. Podszedł do biurka i zatrzymał się naprzeciwko przyjaciela.
— Jak to możliwe, że fundacja działająca od lat ma zostać zamknięta z dnia na dzień? — zapytał ostro. — I dlaczego Hancer dowiaduje się o tym tak, jakby to był tylko kolejny punkt na liście spraw do załatwienia?
Cihan powoli zamknął laptopa.
— Widzę, że zdążyła ci się poskarżyć.
— Ona się nie skarżyła. Jest przerażona, bo właśnie usłyszała, że dzieło mojej siostry może przestać istnieć.
Cihan wstał. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem ponad biurkiem. W przestronnym gabinecie nagle zrobiło się duszno.
— Myślisz, że zrobiłem to celowo? — zapytał Cihan cicho, ale w jego głosie pobrzmiewało ostrzeżenie.
— Myślę, że firmę stać na utrzymanie tej fundacji dłużej niż przez miesiąc — odpowiedział Engin bez wahania. — Obaj o tym wiemy. A jednak dałeś Hancer termin, który brzmi bardziej jak wyrok niż jak szansa.
Cihan zacisnął szczękę.
— Nie znasz wszystkich szczegółów.
— Znam wystarczająco dużo. Wczoraj Hancer wygrała głosowanie. Dziś wycofują się darczyńcy. I ty naprawdę oczekujesz, że uznam to za przypadek?
— Nie — odparł Cihan po krótkiej pauzie. — Ja również nie uważam, że to przypadek.
Engin zmrużył oczy.
— W takim razie dlaczego zachowujesz się tak, jakby nic się nie stało?
Cihan odsunął się od biurka i zrobił kilka kroków w bok. Przez moment patrzył na pustą przestrzeń gabinetu, jakby układał w myślach odpowiedź.
— Jest jedna osoba, która nie potrafi znieść porażki — powiedział w końcu. — Beyza.
Engin uniósł brwi, a potem powoli skinął głową.
— Beyza — powtórzył. — Oczywiście. Ona nie chciała fundacji. Ona chciała tylko nie dopuścić do tego, żeby Hancer była tutaj. Blisko ciebie.
Cihan milczał.
— I co zamierzasz z tym zrobić? — naciskał Engin. — Będziesz patrzył, jak niszczy coś, co pomaga kobietom i dzieciom? Będziesz czekał, aż Hancer utonie w problemie, którego sama nie stworzyła?
— Hancer chciała zostać prezeską — odpowiedział Cihan twardo. — Teraz musi udowodnić, że potrafi nią być.
Engin spojrzał na niego z niedowierzaniem.
— To nie jest egzamin, Cihanie. To fundacja. Prawdziwi ludzie. Prawdziwe życie. Moja siostra poświęciła temu serce.
— Wiem, co znaczyła dla Yasemin — odparł Cihan, a w jego głosie po raz pierwszy zabrzmiało coś cięższego niż gniew. — Ale wiem też, że na tej drodze zawsze będą przeszkody. Jeśli Hancer chce prowadzić fundację, musi nauczyć się walczyć. Nie tylko z papierami i tabelami. Także z ludźmi, którzy będą chcieli ją złamać.
— A jeśli jej się nie uda? — zapytał Engin ciszej. — Jeśli nie zdąży? Jeśli fundacja naprawdę upadnie? Powiesz wtedy, że przynajmniej sprawdziłeś, ile Hancer jest warta?
Cihan nie odpowiedział od razu. Usiadł z powrotem za biurkiem, jakby w ten sposób chciał zakończyć rozmowę.
— Powiedziałem Hancer wszystko, co miałem jej do powiedzenia — oznajmił chłodno. — Resztę możesz omówić z nią sam.
Engin patrzył na niego przez kilka długich sekund. W jego twarzy nie było już prośby. Było rozczarowanie.
— Rozumiem — powiedział w końcu. — Będziesz uparty tak długo, aż Hancer wygra tę wojnę i udowodni ci, że się myliłeś.
Cihan uniósł wzrok.
— Nazywaj to, jak chcesz.
— Dobrze — odparł Engin. — Skoro ty wybrałeś swoją stronę, ja też wybieram swoją. Będę przy Hancer do końca. Żebyś nie miał co do tego żadnych wątpliwości.
Odwrócił się i ruszył do drzwi, ale tuż przed wyjściem zatrzymał się jeszcze na moment.
— I pamiętaj jedno, Cihanie. Czasem człowiek tak bardzo chce kogoś sprawdzić, że nie zauważa, kiedy sam oblewa najważniejszy egzamin.
Po tych słowach opuścił gabinet.
Cihan został sam. Przez chwilę siedział nieruchomo, wpatrzony w zamknięte drzwi. Potem powoli przeniósł wzrok na miejsce, przy którym jeszcze niedawno pracowała Hancer.
Milczał.
Ale tym razem jego milczenie nie było spokojne.


***
Engin wrócił do swojego gabinetu z twarzą pochmurną i napiętą. Zamknął za sobą drzwi ciszej, niż można było się spodziewać po kimś, kto przed chwilą wyszedł jak burza, ale Hancer od razu zrozumiała, że rozmowa z Cihanem nie przyniosła przełomu.
Siedziała na krześle naprzeciwko biurka, wyprostowana, z dłońmi splecionymi na kolanach. W jasnym stroju wyglądała spokojnie i poważnie, lecz jej oczy zdradzały wszystko. Niepokój. Zmęczenie. I tę bolesną myśl, której próbowała nie dopuścić do siebie od chwili, gdy usłyszała o wycofujących się darczyńcach.
Engin usiadł za biurkiem. Przez moment milczał, obracając w palcach długopis. Hancer obserwowała go uważnie, jakby z jego twarzy chciała wyczytać odpowiedź, zanim jeszcze ją usłyszy.
— Nie ma nadziei, prawda? — zapytała w końcu cicho.
Engin podniósł wzrok. W jego spojrzeniu nie było litości. Była troska, ale też stanowczość.
— Co się stało, Hancer? — zapytał. — Poddasz się po pierwszym ciosie?
Dziewczyna zacisnęła usta.
— Nie uciekam przed walką, Enginie. Naprawdę nie. Ale są walki, których nie da się wygrać samą dobrą wolą.
— A skąd wiesz, że już przegrałaś?
Hancer spuściła głowę i spojrzała w bok. Na biurku leżały dokumenty, notatki, teczki i lista spraw, których do wczoraj nawet nie umiałaby nazwać. Wszystko wydawało się nagle zbyt wielkie, zbyt trudne, zbyt obce.
— Bo nie mam czasu — powiedziała po chwili. — Nie mam doświadczenia. Nie wiem, jak rozmawiać z darczyńcami, których nawet nie znam. Nie wiem, jak odzyskać ich zaufanie. Nie wiem, jak przekonać ludzi, którzy odwrócili się od fundacji w jedną noc. — Głos jej zadrżał. — Cihan ma rację. Może naprawdę nie nadaję się do tej funkcji.
Engin pochylił się lekko nad biurkiem.
— Cihan nie ma racji. On chce, żebyś sama w to uwierzyła.
Hancer uniosła na niego wzrok.
— Ale co mam zrobić w miesiąc? Powiedz mi szczerze. Jak mam uratować fundację w tak krótkim czasie?
— Tak samo, jak Beyza zdołała zaszkodzić jej w jedną noc — odparł Engin. — Tylko ty zrobisz to uczciwie. Ona przekonała ludzi strachem, plotką i wątpliwością. Ty przekonasz ich prawdą.
Hancer zamarła.
— Beyza? — zapytała z niedowierzaniem. — Myślisz, że to ona za tym stoi?
Engin odchylił się na oparcie fotela i westchnął ciężko.
— Beyza. Jej ojciec. Może pani Mukadder. Nie wiem jeszcze, kto dokładnie pociągał za sznurki, ale jedno jest pewne: ktoś chciał, żeby twoja prezesura skończyła się, zanim naprawdę się zaczęła.
W oczach Hancer pojawił się gniew. Nie gwałtowny, nie krzykliwy, lecz głęboki i bolesny.
— Jak można być aż tak okrutnym? — wyszeptała. — Ta fundacja pomaga kobietom i dzieciom. Ludziom, którzy nie mają dokąd pójść. Jak można niszczyć ich jedyną nadzieję tylko po to, żeby uderzyć we mnie?
Engin milczał, pozwalając jej mówić.
— Nie mogę na to pozwolić — dodała Hancer, a jej głos nagle stał się bardziej zdecydowany. — Jeśli podopieczni fundacji mają cierpieć przeze mnie, odejdę. Natychmiast. Nie będę powodem, dla którego ktoś straci dach nad głową albo pomoc, której potrzebuje.
— Właśnie tego oni chcą — powiedział Engin ostro.
Hancer spojrzała na niego zaskoczona.
— Czego?
— Żebyś uwierzyła, że jesteś problemem. Żebyś wzięła na siebie ich winę. Żebyś sama zeszła im z drogi i jeszcze pomyślała, że robisz to z poświęcenia.
Dziewczyna zamilkła. Engin wstał, obszedł biurko i zatrzymał się bliżej niej. Jego ton złagodniał, ale każde słowo było wyraźne.
— Hancer, teraz jesteś wśród wilków. Musisz to zrozumieć. Tu nikt nie cofnie się tylko dlatego, że sprawa dotyczy dobra innych ludzi. Dla nich fundacja nie jest miejscem pomocy. Jest narzędziem. Polem walki. Sposobem na udowodnienie przewagi.
— Ja nie chcę takiej walki — powiedziała cicho.
— Wiem. I właśnie dlatego moja siostra cię wybrała.
Hancer drgnęła.
— Yasemin wierzyła w ciebie — ciągnął Engin. — Ufała ci. Nie dlatego, że miałaś dyplomy, kontakty i doświadczenie. Tych rzeczy można się nauczyć. Wybrała cię, bo wiedziała, że nie przejdziesz obojętnie obok cierpienia drugiego człowieka. Bo miałaś serce, którego wielu ludzi tutaj dawno się pozbyło.
Hancer zacisnęła palce na kolanach.
— A jeśli samo serce nie wystarczy?
— To dołożysz do niego odwagę. Upór. Pracę. I ludzi, którzy będą przy tobie.
— Ludzi? — zapytała gorzko. — Ilu ich zostało?
— Ja zostałem — odpowiedział bez wahania. — I nie odejdę. Dopóki będziesz walczyć, będę walczył razem z tobą.
Te słowa poruszyły Hancer bardziej, niż chciała okazać. Przez chwilę patrzyła na Engina w milczeniu. W jego twarzy nie było pustej pociechy. Nie obiecywał jej łatwego zwycięstwa. Nie próbował udawać, że wszystko samo się ułoży. Dawał jej coś innego: wiarę, że nie jest sama.
Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia był film Gelin 136.Bölüm dostępny na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tego odcinka, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.






